24. róbmy, błagam
Ekspozycja spada
24. róbmy, błagam

Niezależnie od odpowiedzi ankietowanych w naszej wersji Familiady (odsyłam do [**15. komunikacja w stadzie**]), zjawiskiem podstawowym, bez którego film by nie istniał, jest światło.
Światło na tyle determinuje wszelkie filmowe ruchy, że w nagłówku każdej sceny w scenariuszu znajdą się dwie kluczowe informacje światła dotyczące: czy gramy plener, czy wnętrze i czy to dzień, czy noc — przykład takiego nagłówka możecie zobaczyć w [**20. jak czytać scenariusz**].
O świetle we wnętrzach kiedyś napiszę więcej, natomiast dzisiaj przeniesiemy się w plener i przyjrzymy jednemu jedynemu bogu najwyższemu, jakiego każdy operator ma nad sobą, najjaśniejszej gwieździe macierzystej — słońcu.
Położenie słońca ma kluczowe znaczenie dla wybranych przez producenta okresów zdjęciowych, dla kalendarzówek, planów pracy, a wreszcie — dla rytmu życia ekipy. Mimo najnowszych technologii, w plenerze dnia nie oszuka się nocą (i na odwrót), dlatego zdjęcia dzienne muszą odbywać się za dnia, a nocne — wiadomo. Jeśli macie w scenariuszu same nocne plenery, odradzam zdjęcia latem, bo po kilku godzinach ekipa nie będzie miała co kręcić, a i tak musicie jej zapłacić za godzin dwanaście.
Słońce bywa kapryśne — światło nie ma prawa skakać pomiędzy ujęciami złożonymi w całą scenę, a słońce może w jednym dublu skryć się za chmurą, by w połowie następnego nagle zza niej wyskoczyć i niekorzystnie przepalić aktorskie lico na ostro, dlatego praca oświetlaczy w filmie polega nie tylko na świeceniu, ale również na osłabianiu działania światła słonecznego. Służy do tego całe spektrum ram, wysłon, czarnych tkanin i rozpraszających światło folii. W filmowym dziennym plenerze na pewno napotkacie oświetlacza, który będzie patrzył w niebo przez dziwaczny monokl o ciemnej soczewce. Nazywa się to po angielsku viewing glass, a po polsku kant szkiełko, co swoją drogą jest dla mnie ostatecznym dowodem wyższości języka polskiego nad angielskim. Kant szkiełko pozwala nie oślepnąć oświetlaczowi, który określa, za ile słońce schowa się lub wyłoni i będziemy mogli kręcić. Ciekawostka jest taka, że jeśli będzie to kwestia długich minut, a nie krótkich sekund, to operator najpierw rzuci parę przekleństw, a potem i tak cierpliwie zaczeka, no bo co ma innego zrobić. W filmie na nic nie czeka się z taką cierpliwością, jak na słońce.
Słońce bywa kapryśne, a także bezlitosne. Nie wybłagacie go, by zaczekało siedem minut, bo się agregat spalił, aktor spóźnił, czy reżyser w białym domku zaciął. Słońce wzejdzie kiedy ma wzejść, a potem zajdzie kiedy ma zajść, dlatego jeśli jesteście w trakcie kręcenia sceny, a słonko ucieka za horyzont nie patrząc za siebie, na pewno usłyszycie na radiu róbmy, błagam, bo ekspozycja spada, a znaczy to tyle, że zaraz stracimy światło i zostaniemy ze sceną, która trochę się dzieje w dzień, a trochę jednak w nocy. Czyli taką, która się nadaje do śmieci, mówiąc wprost.
Słońce jest jednak przy całej swojej bezwzględności na tyle uczciwe, że zawsze wschodzi i zachodzi o konkretnych porach, które da się przewidzieć i zapisać na planie pracy. Może się tak zdarzyć, że blisko tych pór granicznych będziecie celować w realizację sceny w tak zwanym magic hour, czyli, uogólniając, krótkim wycinku czasu, gdy słońce maluje obrazy, jakich nie maluje przez resztę doby.
Magic hour to mgnienie oka, w które trzeba się wstrzelić z całą sceną, z jej wszystkimi ustawieniami i dublami. Poprzedza się to mgnienie oka próbami, żeby unikać pomyłek, gdy już na niebie pojawi się to, co chcemy na nim widzieć. Magic hour to wyścig — z czasem, ze wspomnianym słońcem, z własnymi słabościami, a zdarzyć się może, że i… z quadem.
Załóżmy, że kręcimy scenę nad polskim morzem. Dla utrudnienia — niech zależy nam na świetle, które pojawia się na niebie na moment po zachodzie słońca (to światło będzie w scenie grało świt), dodajmy do tego plażę, czyli dużo piachu, który męczy, spowalnia, dostaje się wszędzie. Żeby było jeszcze trochę trudniej — wręczmy jednemu z trójki aktorów prawdziwą kamerę (jako rekwizyt) ważącą dobre parę kilo, oraz plecak, który nawet opróżniony, jest ciężki sam w sobie. I ubierzmy aktorkę w sukienkę aż do ziemi, i każmy im zbiegać z tym/w tym wszystkim po stromej piaszczystej skarpie, i niech ten piach się do tej kamery sypie, zróbmy to w kilku ustawieniach po kilka dubli (przed każdym dublem należy odebrać wszystko od aktora i wnieść mu to z powrotem na górę), a następnie niech biegną po plaży sprintem (tam przed każdym dublem należy odebrać wszystko od aktora i zanieść mu to z powrotem na pierwszą pozycję), a do tego wszystkiego wrzućmy jeszcze trzecią postać w lodowate morze. I tamta dwójka niech po tę postać popłynie.
Dokładnie tak wygląda scena otwierająca serial Absolutni Debiutanci. Bartłomiej Deklewa zbiegł już ze skarpy sześć razy, a teraz jest po trzecim sprincie po plaży. Ciężko dyszy i patrzy na mnie, ale mnie nie widzi ani nie słyszy, a mówię, że Bartek, muszę ci to zaraz dać i spierdalać, i macham mu przed oczami plecakiem i kamerą.
Muszę spierdalać, bo jestem w kadrze. Kamera (ta druga, którą kręcimy serial), znajduje się na quadzie, podczas ujęcia quad jedzie plażą, za nim biegnie Martyna Byczkowska, a za nią właśnie Bartek — z plecakiem i kamerą (tą pierwszą, która gra w serialu). Wszystko, co za pojazdem, znajduje się w kadrze, nie mam dokąd uciec, bo po jednej stronie morze, a po drugiej pionowy klif, dlatego rozwiązanie jest tylko jedno: podczas ujęcia muszę znajdować się cały czas przed quadem. Nie dać mu się dogonić, w sensie.
Ktoś mógłby powiedzieć ej, Ciuchcia, to nie lepiej dać te rzeczy aktorowi i po prostu wsiąść na quada? Odpowiedź jest taka, że ja to generalnie chętnie, tylko nie ma na nim dla mnie miejsca, bo z kamerą, operatorem, ostrzycielem, asystentem kamery i gripowcem i tak jest już obwieszony niczym wagon pakistańskiego pociągu.
Dlatego właśnie muszę wcisnąć aktorowi rzeczy jak najszybciej, żeby zyskać na czasie (i dystansie). Bartłomiej Deklewa zdecydowanie znalazłby się w naszym rankingu aktorów i aktorek najsłodszych we współpracy (jeśli byśmy taki ranking robili, ale nie robimy, przypominam), natomiast trudno mu się dziwić, że w tym momencie nie ma siły brać na siebie kilku (nastu?) kilo więcej tylko po to, żebym ja miał łatwiej w życiu, bo po tych wszystkich dublach, sprintach i fikołkach sprawia wrażenie, jakby miał zaraz zemdleć i bez dodatkowego obciążenia.
Osiemnaście głębokich wdechów później jego twarz odzyskuje kolor, a on kiwa głową, że gotowy, więc jak najszybciej zakładam mu plecak, wręczam kamerę, włączam w niej nagrywanie (to ważne, ponieważ materiał z niej zostanie również wmontowany do sceny) i, jak już mówiłem, spierdalam.
Bezpieczna przystań, czyli podgląd (o tym czym jest podgląd przeczytacie w [**21. podgląd*]), znajduje się kilkaset metrów dalej. Muszę tam dobiec, zanim dojedzie tam quad, to jedyna gwarancja, że nie znajdę się w kadrze na ujęciu. Za plecami słyszę, że quad rusza, a w słuchawce z kolei słyszę, że akcja!*, więc sięgam głęboko w siebie po resztki sił i biegnę, jakby mnie coś goniło. Właściwie, to mnie goni — obwieszony ludźmi quad, Martyna Byczkowska i Bartek Deklewa z kamerą mnie gonią. Raźniej mi o tyle, że w mojej panicznej ucieczce nie jestem sam: równolegle ze mną biegnie dźwiękowiec Krzysiek, prywatnie mój dobry przyjaciel, który dzierży rozłożoną do maksimum tyczkę zakończoną mikrofonem, w biegu wysoko podnosi kolana i wygląda trochę, jakby o tej tyczce miał zaraz bić rekord Duplantisa. I znów — ktoś w miarę czujny mógłby zapytać, po co w ogóle nagrywa się dźwięk do ujęcia, w którym słychać jedynie ryk silnika quada. I na to, jeśli mam być szczery, nie znam odpowiedzi. Zakładam po prostu, że decydują o tym ludzie mądrzejsi ode mnie.
Czwarty dubel, więc czwarty raz biegnę sprintem po piasku, wpatrując się w bezpieczną przystań, która w ogóle się nie przybliża, za plecami słysząc quada, który z kolei przybliża się szybko, i zerkając na horyzont z myślą, że to najdłuższe magic hour, w jakim przyszło mi brać udział.
Jeśli chcecie zrzucić parę kilo, polecam zdjęcia nad morzem. A jeśli chcecie obejrzeć dobry serial — polecam Absolutnych Debiutantów. Znajdziecie ten tytuł na Netfliksie, a opisana wyżej scena jest jego pierwszą. Ujęcie z quada trwa tam może dwie sekundy, jednak tak sobie myślę, że było warto. Słońce potrafi być kapryśne i bezlitosne, ale może stać się też najpiękniejszym sprzymierzeńcem operatora.
Włączcie tę scenę i zobaczcie, co tam się na niebie dzieje.

메타데이터
- post_id
- 110e283f0147
- slug
- 24-róbmy-błagam-110e283f0147
- url
- https://medium.com/@rekwizytor/24-r%C3%B3bmy-b%C5%82agam-110e283f0147
- canonical_url
- https://medium.com/@rekwizytor/24-r%C3%B3bmy-b%C5%82agam-110e283f0147
- author_url
- https://medium.com/@rekwizytor
- status
- ok
- fetched_at
- 2026-06-18 00:10:23