🇵🇱 Zbliżenie to nie zawsze bliskość
Bywa, że ktoś dotyka cię tak, jakby chciał cię objąć -
🇵🇱 Zbliżenie to nie zawsze bliskość
Bywa, że ktoś dotyka cię tak, jakby chciał cię objąć -
ale zamiast ciepła czujesz napięcie.
Jakby ten dotyk nie był po coś, tylko przeciw czemuś.
Jakby miał zasłonić pustkę, a nie ją wypełnić.
Zbliżenie nie zawsze znaczy bliskość.
Czasem to tylko mechanizm ucieczki.
Czasem zbliżamy się do siebie tylko po to,
żeby nie musieć zderzyć się z własną samotnością.
Znam to zbyt dobrze.
To uczucie, kiedy ktoś kładzie ci dłoń na karku,
a ty nie wiesz, czy masz się uśmiechnąć,
czy odsunąć się kawałek dalej — do środka.
Bo ciało pamięta, że już kiedyś było blisko,
a i tak było niewidzialne.
Było używane jako most -
między czyimś lękiem a jego potrzebą -
ale nie jako dom.
Nie było pytane: „Czy mogę?”.
Nie było słuchane, kiedy drżało.
Nie było przyjęte — tylko zaakceptowane na chwilę.
Jak coś tymczasowego.
Jak przystanek.
Pamiętam jedno z tych zbliżeń.
Noc. Dłonie. Szept.
Ale żadne „jestem z tobą”.
Nie było w tym przemocy -
było tylko coś nieobecnego.
I dopiero dużo później zrozumiałem,
że można być całym ciałem przy kimś,
a duchem być zupełnie osobno.
Jakby się leżało obok,
ale myślami było w miejscu,
w którym nikt nigdy nie zapytał cię: „czy dobrze się czujesz?”.
Bo nie chodziło o dobre czucie się.
Chodziło o to, żeby nie czuć zbyt dużo.
Żeby odwrócić uwagę.
Żeby zbliżeniem zagłuszyć głód.
Tylko że ten głód nie znikał.
On się przenosił.
Z emocji w ciało.
Z pragnienia w napięcie.
Z serca w mięśnie.
Od tamtej pory wiem, że mogę być dotykany,
a i tak czuć się jak ktoś nieistniejący.
Mogę być przyciągany,
a jednak wewnętrznie uciekać.
Mogę słyszeć „chcę cię”,
a tłumaczyć to sobie jako „bo nie mam teraz nikogo innego”.
I to boli bardziej,
niż samotność, którą znasz od dziecka.
Bo to samotność podszyta iluzją obecności.
Najbardziej zdradliwa.
2.
Byłem z kimś, kto całował mnie tak, jakby próbował wymazać własną pustkę.
Jakby moje ciało było odpowiedzią,
choć nikt wcześniej nie zadał pytania.
I może ja też taki byłem.
Może obaj byliśmy.
Dwójka ludzi, którzy pomylili zbliżenie z ratunkiem.
Zbliżenie to czasem ostatnia próba przetrwania dnia.
Ciało, które mówi „może to coś zmieni”,
gdy dusza już dawno opadła z sił.
Zbliżenie to czasem wyraz desperacji, nie bliskości.
Jakbyśmy szukali siebie nawzajem tylko po to,
żeby przez chwilę nie być sobą.
Nie myśleć.
Nie czuć.
Nie wspominać.
A potem przychodzi cisza.
I pytanie:
„Czy to było czułe, czy tylko wygodne?”
Czasem godziny po wszystkim są najgorsze.
Leżysz obok, ale milczenie już nie łączy — tylko oddziela.
Zaczynasz słyszeć w sobie pytania,
na które nie znasz odpowiedzi:
-
Dlaczego w ogóle się zgodziłem?
-
Czy to był mój wybór?
-
Czy w ogóle miałem wybór?
Bo ciało potrafi zgadzać się z przyzwyczajenia,
nawet gdy dusza już krzyczy, że to nie to.
Nie ten człowiek.
Nie ten moment.
Nie ta potrzeba.
Ale nie mówisz tego głośno.
Nie potrafisz.
Bo boisz się, że jeśli raz odmówisz,
nikt już nie zapuka do twoich drzwi.
Pamiętam, jak raz ktoś zapytał:
- Chcesz tego?
A ja odpowiedziałem:
- Nie wiem.
To była najbardziej prawdziwa odpowiedź, jaką mogłem wtedy dać.
Nie „tak”.
Nie „nie”.
Tylko zagubienie pomiędzy głodem dotyku a strachem przed bliskością.
On przytulił mnie mimo wszystko.
Nie dla seksu. Nie dla zbliżenia.
Po prostu — być może zrozumiał.
I to był jeden z tych rzadkich momentów,
kiedy fizyczność nie była ucieczką,
ale formą obecności.
Ale takich chwil nie było wiele.
Bo najczęściej zbliżenie to był sposób na złudzenie,
że nie jestem sam,
choć obaj czuliśmy się samotni w dotyku,
który miał przecież wszystko naprawić.
Z czasem zrozumiałem,
że czasem bardziej bolą te zbliżenia, które miały być czułe, a nie były,
niż te, które od razu były puste.
Bo pusta bliskość to jak odbicie w rozbitej szybie:
niby coś widać,
ale nigdy nie wiadomo, co jest naprawdę po drugiej stronie.
3.
Moje ciało długo było dla mnie czymś obcym.
Miejscem, którego nie znałem, choć mieszkałem w nim od zawsze.
Z czasem nauczyłem się myśleć o nim jak o domu -
ale raczej takim po pożarze.
Bez drzwi.
Bez szyb.
Tylko z resztkami ścian, które próbują udawać, że jeszcze coś znaczą.
I wtedy pojawiał się ktoś,
kto mówił, że chce wejść.
Byli tacy, którzy pukali.
Byli też tacy, którzy po prostu wchodzili -
jakby fakt, że stoję otwarty, był zaproszeniem.
A ja nie wiedziałem, jak odmawiać.
Nie miałem języka dla granic.
Uczyłem się świata przez zgodę -
nawet wtedy, gdy wszystko we mnie mówiło „uciekaj”.
Ciało jako dom.
Czasem wystawiony na działanie zbyt wielu cudzych obecności.
Czasem tak głodny bycia zauważonym,
że otwiera się komuś, kto tylko szuka miejsca, żeby się ogrzać.
Bo przecież lepiej być ogrzanym chwilą,
niż zamarzać wiecznością.
Tylko że potem zostaje kurz.
Zapach kogoś, kto przyszedł, ale nie został.
Dotyk na skórze, który był zbyt silny, by go zapomnieć,
a zbyt pusty, by z niego coś zbudować.
Pamiętam jedną taką noc.
Cisza w pokoju.
Światło telefonów.
Bliskość, która miała być czułością,
a okazała się ucieczką.
- Mogę?
Nie odpowiedziałem.
Ale też nie zaprzeczyłem.
I znów: ciało, które zgodziło się za mnie.
Bo przecież było do tego przyzwyczajone.
Bo przecież kiedyś nauczono je,
że miłość wygląda właśnie tak:
jak milczenie, które nie przerywa czyjejś potrzeby.
Chciałem, żeby ktoś we mnie został.
Ale nikt nie zostaje w domu, który nie ma dachu.
I może właśnie dlatego otwierałem się zbyt szybko -
licząc, że może ktoś przyniesie dach,
okno,
albo chociaż ciepły kubek milczenia.
Ale zamiast tego — zostawała mi tylko jałowość zbliżenia,
które nie przyszło dla mnie,
ale przez czyjś brak.
I znów byłem tylko miejscem do przespania się,
a nie do zamieszkania.
Dziś już wiem:
to nie bliskość, jeśli musisz po niej sprzątać.
4.
Czasem czuję się jak powierzchnia odbijająca światło,
którego sam nie emituję.
Jakby moje ciało było ekranem -
na którym inni wyświetlają to, co chcą zobaczyć.
Miłość.
Ukojenie.
Albo po prostu kogoś, kto nie zadaje pytań.
Zbliżenie w takich chwilach nie jest spotkaniem.
Jest projekcją.
Ty tam jesteś, ale nie do końca.
Ciało — obecne.
Głos — uciszony.
Granice — miękkie jak skóra, która się zgadza, choć nie czuje.
To nie ty jesteś kochany.
To wyobrażenie o tobie.
Twoje ciepło.
Twoje uległe gesty.
Twoja gotowość do bycia wszystkim,
byle nie sobą.
Byłem tym dla wielu.
Ramieniem.
Uśmiechem.
Ciszą, w którą można się wtulić,
nie pytając, co się kryje pod spodem.
Bo kiedy mówiłem, co naprawdę czuję,
bliskość się cofała.
Jakby autentyczność była zbyt trudna do przyjęcia.
Nie chciano mnie takim.
Chciano mnie łatwiejszego.
Ciszej oddychającego.
Bardziej elastycznego.
Gotowego, by się wpasować.
I wtedy zrozumiałem,
że zbliżenie może być formą performansu.
Jak spektakl, w którym gra się rolę kochanka,
ale nie ma tekstu do roli „siebie”.
Nie wiesz już, czy ktoś cię pragnie,
czy tylko pragnie być przyjętym przez twoją gotowość.
I ta niepewność zjada powoli.
Od środka.
Jakby każda chwila przyjemności
była zarazem zdradą siebie.
Bo przecież jesteś,
ale nie w pełni.
Obecny tylko o tyle,
o ile nie przeszkadzasz swoją głębią.
Zbliżenie w takich relacjach to zaledwie fragment rozmowy,
która nigdy się nie zaczyna.
Bo gdyby się zaczęła -
mogłoby się okazać, że nie jesteś tym,
kogo ktoś chciał widzieć.
A przecież lepiej być iluzją przyjętą,
niż prawdą odrzuconą.
Przynajmniej przez chwilę.
5.
Zdarzyło mi się kiedyś spotkać kogoś, kto nie chciał niczego ode mnie.
Nie czekał, aż coś mu dam.
Nie oczekiwał, że się otworzę, rozbiorę, opowiem, pozwolę.
Po prostu był.
Cisza między nami nie ciążyła.
Była jak powietrze — przezroczysta, swobodna, potrzebna.
I wtedy pierwszy raz poczułem,
że zbliżenie może być odwagą, nie transakcją.
Czułość to nie tylko dotyk.
Czasem to czyjaś obecność,
która nie ocenia cię przez pryzmat tego, co możesz dać.
Nie rozlicza twojej przeszłości.
Nie szuka w tobie bohatera, ofiary, kochanka czy terapeuty.
Patrzy i widzi.
Nie to, co wygodne.
Nie to, co pożądane.
Ale ciebie — takiego, jaki jesteś tu, w tej chwili.
Długo myliłem bliskość z jej imitacjami.
Z dotykiem bez obecności.
Z gestem bez intencji.
Z relacją bez relacyjności.
Ale bliskość — ta prawdziwa -
nie przychodzi wtedy, gdy jesteś gotowy dać wszystko.
Ona przychodzi wtedy, gdy jesteś gotów być sobą, nawet jeśli to niewygodne.
Nie musisz znać odpowiedzi.
Nie musisz znać swojej roli.
Nie musisz nawet być pewien, że jesteś wystarczający.
Bo ktoś, kto przychodzi naprawdę -
nie szuka wersji idealnej.
Szuka ciebie.
Dziś nie otwieram już drzwi tak szybko.
Nie dlatego, że się boję.
Ale dlatego, że umiem już być sam.
Umiem siedzieć w ciszy,
bez lęku, że nikt nie zadzwoni.
Umiem dotknąć siebie wzrokiem -
nie z pogardą, tylko z łagodnością.
I jeśli ktoś zapuka -
nie będę go traktował jak zbawienia.
Bo zbliżenie przestaje być ratunkiem,
kiedy sam jesteś już dla siebie schronieniem.
Zbliżenie to nie zawsze bliskość.
Ale może być.
Jeśli się nie śpieszy.
Jeśli nie chce cię zmieniać.
Jeśli przychodzi nie po to, żeby coś zabrać -
tylko po to, żeby posiedzieć przy tobie w tym, co jeszcze boli.
I może właśnie wtedy
zaczyna się prawdziwe uzdrowienie.
Nie spektakularne.
Nie filmowe.
Nie natychmiastowe.
Tylko ciche, powolne bycie razem.
Z kimś.
Albo — nareszcie — z samym sobą.
메타데이터
- post_id
- 427636bc07dd
- slug
- zbliżenie-to-nie-zawsze-bliskość-427636bc07dd
- url
- https://medium.com/@lukasz.er/zbli%C5%BCenie-to-nie-zawsze-blisko%C5%9B%C4%87-427636bc07dd
- canonical_url
- https://medium.com/@lukasz.er/zbli%C5%BCenie-to-nie-zawsze-blisko%C5%9B%C4%87-427636bc07dd
- author_url
- https://medium.com/@lukasz.er
- status
- ok
- fetched_at
- 2026-07-17 15:39:32