Babcia
Umierała cicho. Tak samo jak żyła. Trochę się wstydziłam. Bo nie zabrałam jej do siebie. Bo może mogłam coś więcej zrobić. Bo za rzadko ją…

Babcia
Umierała cicho. Tak samo jak żyła. Trochę się wstydziłam. Bo nie zabrałam jej do siebie. Bo może mogłam coś więcej zrobić. Bo za rzadko ją odwiedzałam. Tak. Trochę mi było wstyd…
Wiedziałam, że tego dnia widzę ją po raz ostatni.
Tuż przed naciśnięciem klamki do pokoju poczułam chłód. Bałam się. Spojrzeć jej w oczy i zobaczyć nierozpoznanie… Nie wiedziałam co zrobić z dłońmi. Jak oddychać. Jak blisko usiąść. Na łóżku czy może na bordowym taborecie obok szafki na leki. Potrzebowałam chwili. Kilku oddechów. Uspokojenia smutku. Opanowania wstydu. I strachu. Weszłam do sypialni choć nie byłam gotowa…
Pokój wchłonął mnie momentalnie. Zielone paprotki zwisające z sufitu obserwowały uważnie każdy ruch. Beżowy turecki dywan milcząco tolerował moje stopy. On jeden wyczuwał jak bardzo drżę… Białe firany łagodnie falowały zaczepiane czerwcowym wiatrem wpadającym przez uchylone okno. Promienie słońca przysiadły na pustym miejscu tuż obok niej, nieznacznie muskając jej białe skręcone w długi warkocz włosy.
Pamiętam jako dziecko nie mogłam się nadziwić, jak to możliwe mieć takie włosy. Lubiła upinać je na czubku głowy tworząc niezwykłą warkoczową koronę. Dlatego zapuszczałam włosy. Chciałam mieć takie jak ona. Często ciągnęłam się za swoje zdecydowanie za krótkie w nadziei, że szybciej urosną. Kiedy znalazłam u siebie pierwszy siwy włos ucieszyłam się. To była zapowiedź. I nadzieja, że może będzie mi dane zestarzeć się tak jak ona… Umrzeć z długimi do pasa włosami. Całkowicie białymi. Wtedy wydawało mi się to idealną starością.
Miałam wrażenie, że jestem wystraszonym zwierzątkiem, a pokój powoli mnie oswaja. Bałam się mniej. Obraz prababci wiszący nad dwumetrowym łóżkiem zachęcał bym podeszła bliżej.
- Aguśka… to Ty? — zaskoczył mniej jej głos. — Aguśka…? Aguśka… gdzie jesteś?
Gdzie ja? A gdzie ona? Wielkie łóżko niemal całkowicie ją pochłaniało. Maleńkie ciało niknęło w puchatej kołdrze i poduszkach.
- Aguśka… — szepnęła wyciągając drobną dłoń w moją stronę.
I już nie miałam wątpliwości… Dywan zanotował mój zdecydowany krok. Łóżko westchnęło z ulgi, kiedy usiadłam tuż obok drobnego ciała, które już nie było takie samotne. Maleńkie spiralki paprotek uśmiechnęły się swoją zielenią, kiedy schowałam jej maleńką dłoń w mojej. Oddychałam. Byłam gotowa.
-
Aguśka… przyszłaś… — poczułam jej palce dotykające moich.
-
Tak babciu… Jestem… — pogładziłam jej łagodną twarz. Przymknęła oczy poddając się pieszczocie. — Jestem…
-
Aguśka… kto tam jeszcze z tobą? — odezwała się nagle.
-
Nikt babciu…
-
Nie… zobacz… ona też przyszła… i dziadek… widzisz? Wszyscy przyszli… Widzisz? — wyjęła swoją dłoń z mojej i wskazywała na szklane drzwi którymi przed chwilą weszłam… Przecież wiem, że ty ich widzisz… Zawsze widziałaś… Jesteś wyjątkowa. Nie zapominaj o tym… Słyszysz mnie? Aguśka… słyszysz? Oni tu są… Aguśka… obiecaj mi… że nigdy nie zapomnisz… Nigdy… — jej oczy przechodziły od rozpoznania do nieobecności. Jakby ktoś przekładał wewnętrzne przesłony, albo wedle sobie tylko znanego uznania podnosił i opuszczał eteryczną kotarę świadomości. Aktorzy pojawiają się w ukłonie i znikają…
Zamknęła oczy. Jej dłoń opadła na łóżko zmęczona wysiłkiem. Poprawiłam delikatnie kołdrę. Z czułością pogładziłam biały warkocz odgarniając z jej czoła kilka luźnych włosów. Zdziwiła mnie jasność i gładkość skóry. Jak to możliwe, że w wieku 99 lat miała tylko kilka zmarszczek?
Nigdy nie używała żadnej chemii. Nawet włosy myła żółtkiem i płukała rumiankiem. Zawsze. Mało jadła. Za to piła dużo ziół. Wtedy myślałam, że jest trochę dziwna. Ona i te jej wielkie słoje z suszonymi roślinami. I to, że przeżuwała jedzenie 36 razy. Mówiła, że to zdrowe, że enzymy trawienne i coś tam jeszcze… Mówiła, że lepiej czuje smak tego, co je, że trzeba się tym cieszyć i doceniać każdy kęs. Szczerze mówiąc, śmiałam się z tego. Ot, nieszkodliwe dziwactwo. Dziś rozumiem…
Jej skóra była tak jedwabiście gładka. Kilka brązowych plamek na skórze dłoni, które przysparzały zmartwienia o stan wątroby, okazały się po prostu brązowymi plamkami. Niczym więcej. Gorzej z nerkami. No i płuca… Ostatnie zapalenie płuc było tym definitywnym i położyło ją do łóżka na którym wtedy siedziałam trzymając ją za rękę…
Była piękna. Nie znajduję innego słowa. Absolutnie wszystko w niej takie było. Nawet w chwilach kiedy jej oczy nie rozpoznawały niczego ani nikogo. Z warkoczem do pasa, buzią dziecka i alabastrową skórą. Kiedy słońce wydłużyło swoje promienie zaczepiając delikatnie o jej twarz miałam wrażenie, że znika. Po prostu zamienia się w świetliste pyłki osiadające na łóżku, dywanie, paprotkach i firankach. A czerwcowy wiatr niósł je dalej w miasto przez uchylone okno… O tym, że nie zniknęła świadczyła jedynie jej dłoń w mojej…
Kiedy wychodziłam z mieszkania, pielęgniarka powiedziała, że jestem pierwszą i jedyną osobą, którą rozpoznała od wielu miesięcy…
Tej nocy miałam sen… Mocny. Głęboki. Tak głęboki jak głęboki był grób, który kopałam sama dla siebie. Kiedy w niego zaglądałam nie miał dna. Kiedy wrzuciłam tam krople moich łez, te spadały, spadały i spadały. Kiedy zapalałam światło, to gasło tak szybko, że zapominałam bym kiedykolwiek je zapalała. Dziwiłam się, że tak głęboki dół kopię. Przecież moje ciało nie należy do największych… Po co aż tyle wysiłku? Przecież nawet nie chcę być pochowana…
Wyczuwam czyjąś obecność. Wiem, że to ona… Babcia. Czuję jej delikatną dłoń na moim ramieniu. Czuję jej łagodne spojrzenie. Czuję jej miłość.
I słyszę: — Aguśka, to nie dla twojego ciała ten dół kopiesz. Tu pochowasz wszystkie swoje lęki i pójdziesz dalej. Pójdziesz tak daleko jak to tylko możliwe, i dojdziesz tak blisko, że bliżej się nie da. Po drodze znajdziesz biały kamień. Potem jeszcze jeden i kolejny. Podniesiesz każdy z nich i zbudujesz świątynię, która zajaśnieje w Twoim sercu. I będzie tak mocna, że żaden wiatr jej nie zdmuchnie, żadne trzęsienie ziemi nie zachwieje jej podstawami, żaden lęk w niej nigdy nie zamieszka. I to wszystko zrobisz sama. Po drodze ktoś poda ci talerz zupy, da schronienie na noc lub nawet kilka, pozwoli odpocząć w cieniu drzewa, nakarmi jabłkiem ze swojego sadu, opatrzy rany, otrze pot z czoła, załata podarte ubranie, poda pomocną dłoń, tuż przed upadkiem, przysiądzie z tobą na przydrożnym kamieniu, opowie coś o sobie, wysłucha czegoś o tobie.
Po drodze niczego ci nie zabraknie. Ale ty pójdziesz dalej sama. Kamień po kamieniu będziesz budować. Cierpliwie. Tak długo jak potrzeba. Nie musisz się spieszyć. Zdążysz. Każdą ryskę wypolerujesz sama. Aż zajaśnieje twoja wewnętrzna świątynia blaskiem miłości tak jasnej, że sama ogrzejesz się w jej cieple i już nigdy nie poczujesz chłodu. A kiedy to zrobisz, otworzysz śnieżnobiałe wrota na oścież i przyjmiesz każdego kto przejdzie przez próg… I podasz mu wodę. I nakarmisz. I wysłuchasz. I zacerujesz mu ubranie. I obmyjesz stopy. I opatrzysz rany. I powiesz mu to samo co ja mówię teraz tobie…
… By wykopał wielki dół… Tak głęboki, że dna nie widać… By pochował tam swoje lęki i poszedł dalej. I dojdzie tak daleko jak to tylko możliwe, i dojdzie tak blisko, że bliżej się nie da. I po drodze znajdzie kamień, a potem kolejny i kolejny. I że niczego mu nie zabraknie… I zbuduje świątynię, która zajaśnieje w jego sercu…
I…
… Obudziłam się tuż po 3 w nocy… Coś szumiało w kaloryferze. Dziwnie tak, przecież to środek lata. Poczułam muśnięcie ciepłego wiatru na policzku. Otulił mnie zapach rumianku.
I już wszystko było jasne. Odeszła… Telefon, który zadzwonił kilka minut później był czystą formalnością, na którą byłam gotowa.
메타데이터
- post_id
- 5d4bea69049d
- slug
- babcia-5d4bea69049d
- url
- https://medium.com/@Kawula/babcia-5d4bea69049d
- canonical_url
- https://medium.com/@Kawula/babcia-5d4bea69049d
- author_url
- https://medium.com/@Kawula
- status
- ok
- fetched_at
- 2026-07-30 10:42:05