Manifest Palantir, Dugin i pytanie, które Zachód próbuje zagłuszyć
Manifest Palantiru — dwadzieścia dwie tezy opublikowane przez Alexa Karpa i Nicholasa Zamiskę w książce The Technological Republic — został…
Manifest Palantir, Dugin i pytanie, które Zachód próbuje zagłuszyć
Manifest Palantiru — dwadzieścia dwie tezy opublikowane przez Alexa Karpa i Nicholasa Zamiskę w książce The Technological Republic — został przyjęty przez zachodnie elity z mieszaniną irytacji, paniki i świadomego przemilczenia. Zwłaszcza przemilczenia. Bo jest to dokument, którego najłatwiej nie czytać. A jeśli się go już przeczyta — nie cytować. A jeśli się cytuje — koniecznie z ostrzeżeniem, że autor jest miliarderem, więc mówi w interesie miliarderów, więc można wrócić do swoich spraw.
Kłopot w tym, że Karp mówi w interesie cywilizacji, która już od dość dawna przestała się sobą interesować. I właśnie dlatego ten manifest jest ważniejszy, niż chciałoby się przyznać.
Santa Monica, 1950. Albo: jak się kiedyś myślało
Michael Kubo opisuje w Constructing the Cold War Environment rzecz, która dzisiaj wydaje się niemal egzotyczna. Siedziba RAND Corporation w Santa Monice — wyburzona dopiero w 2005 roku — nie była zwykłym biurowcem. Była laboratorium kreatywności. Korytarze zaprojektowano jako redundantny labirynt, którego celem było wymuszenie przypadkowych spotkań między matematykami, politologami, fizykami i ekonomistami. Bo ktoś kiedyś uznał, że w epoce nuklearnej chodzenie do pracy nie jest czynnością neutralną. Że trzeba nad nią pomyśleć. Że trzeba pomyśleć nad WSZYSTKIM.
Taka cywilizacja, oczywiście, wygrywa. Projektuje nie tylko rakiety, ale także układ biurek, przy których się je projektuje. Traktuje architekturę jak istotne narzędzie, a rozkład drzwi — jak element wpływu na procesy. Nie ma w tym paranoi. Jest w tym pewność siebie tak głęboka, że pozwalała traktować samego siebie jako problem do rozwiązania.
Dziś gdy któraś z amerykańskich agencji federalnych chce zorganizować burzę mózgów, wynajmuje trenera rozwoju osobistego i prowadzi warsztat z post-itami. Różnica jest, powiedzmy, uchwytna.

Co właściwie się stało
Zachód nie stracił swojej przewagi w jednej konkretnej bitwie. Stracił ją w sposób znacznie bardziej eleganckim: oddając ją dobrowolnie, kawałek po kawałku, przez dziesięciolecia pracy klasy, która uznała, że jej zadaniem jest dekonstrukcja, a nie reprodukcja warunków, które pozwoliły jej w ogóle zaistnieć.
Humanistyka uniwersytecka wyjaśniła, że każda hierarchia jest podejrzana. Polityka zamieniła się w terapię, w której obywatel oczekuje, że państwo ukoi jego wewnętrzne dramaty. Pluralizm stał się dogmą — zapraszamy wszystkich, nie precyzując, do czego. „Inclusion into what?” — pyta Karp w manifeście, i jest to pytanie, którego Europa boi się tak bardzo, że udaje, że nie usłyszała.
Państwo, które nie potrafi zdecydować, kogo wpuszcza i na jakich warunkach, nie jest państwem liberalnym. Jest państwem w fazie rozkładu. A rozkładające się państwo nie obroni żadnej z wartości, w imię których przestało kontrolować własne granice. Migracja pozbawiona selekcji nie jest aktem wielkoduszności — jest demonstracją, że kraj nie ma już siły wykonywać najprostszej funkcji, do której został powołany. I że nie ma już nawet siły, by się tego wstydzić.
To wszystko razem ma swoją nazwę, której na Zachodzie nie wolno wypowiadać: miękkość. Miękkość kultury, która nie umie już odpowiedzieć na pytanie, dlaczego warto jej bronić. Miękkość elit, dla których każde twarde słowo brzmi jak zagrożenie, a każda decyzja — jak przemoc. Miękkość cywilizacji, która pomyliła dekadencję z cnotą i zaczęła ją eksportować jako postęp.
Manifest jako akt restauracji
I teraz pojawia się Palantir. A właściwie nie tylko Palantir.
Największe nieporozumienie wokół manifestu Karpa i Zamiski polega na traktowaniu go jako głosu jednej firmy. Tymczasem jest to dokument pokoleniowy. Palmer Luckey buduje Anduril, bo uznał, że tradycyjni kontraktorzy Pentagonu przestali być zdolni do produkcji broni w tempie współczesnej wojny. Shyam Sankar pisze Defense Reformation, w której opisuje Departament Obrony jako monopson zdolny już tylko do produkcji opóźnień. Larry Ellison przekierowuje Oracle w stronę infrastruktury obronnej. Marc Andreessen ogłasza „American Dynamism” i pompuje kapitał w firmy, które jeszcze dekadę temu uznano by za anomalię kulturową. Elon Musk, przy całej swojej teatralności, realnie dostarcza USA zdolności, których USA nie umiało sobie dostarczyć samo.
To nie jest wybryk kilku miliarderów. To jest klasa, która uznała, że państwo amerykańskie przestało być zdolne do utrzymania własnej hegemonii — i postanowiła zrobić coś z tym problemem, zamiast filozofować o nim na konferencji w Davos.
Można oczywiście powiedzieć, że są beneficjentami zmian, które postulują. Są. To jednak nie unieważnia ich diagnozy, tylko ją wzmacnia: w kraju, w którym państwo odzyskuje sprawczość, tacy ludzie zarabiają. A w kraju, w którym państwo nie odzyskuje sprawczości, nie zarabia nikt oprócz jego wrogów.
Co właściwie mówi manifest
Najciekawsze w The Technological Republic jest to, jak bardzo nie-rewolucyjny jest w istocie swoich tez. Karp i Zamiska nie wymyślają nowego porządku. Oni proponują przypomnienie sobie starego.
Twarda siła jest realna. Soft power bez hard power jest formą samooszustwa. Broń oparta na sztucznej inteligencji powstanie niezależnie od zachodnich debat etycznych, bo przeciwnik w Pekinie nie urządza sobie seminarium z filozofii technologii, zanim naciśnie przycisk commit. Odstraszanie atomowe kończy się, zaczyna się odstraszanie oparte na kodzie. Silicon Valley ma dług moralny wobec kraju, który umożliwił jej istnienie. Publiczna służba nie jest mniejszym powołaniem niż zarabianie na aplikacjach.
I dalej: niektóre kultury wytworzyły cuda, inne pozostały regresywne — i udawanie, że jest inaczej, jest intelektualnym tchórzostwem. Powojenne rozbrojenie Niemiec i Japonii było korektą, której koszty Europa właśnie płaci. Religia nie jest zabobonem, którego należy się wstydzić. Publiczne życie, które niszczy każdego, kto do niego wchodzi, pozostawia u steru wyłącznie ludzi bez przekonań, bo ludzie z przekonaniami już dawno się wycofali.
Wszystko to brzmi dziś jak prowokacja. W rzeczywistości jest to banał — który stał się prowokacją dopiero po czterech dekadach systematycznej rewizji tego, co kiedyś było oczywiste.
Dugin rozpoznaje
Najlepszym dowodem na to, że manifest Palantiru trafia w punkt, nie jest jego recepcja w New York Timesie. Jest nim histeria, z jaką zareagował na niego Aleksander Dugin.
Dugin przeczytał The Technological Republic bardzo uważnie i zrobił coś, czego nie zrobiła zachodnia lewica liberalna: zrozumiał. Rozpoznał, że to nie jest kolejny hymn o innowacji. Że to jest projekt scalenia technologii, kapitału, wojska i państwa w jeden zorganizowany układ — taki, jaki Zachód potrafił budować w czasach RAND, a potem przestał. Nazwał to „techno-faszyzmem”, z pełną powagą, i natychmiast zaczął nad tym lamentować.
Bo zrozumiał coś jeszcze, czego jego wyznawcy ciągle nie chcą przyjąć: w świecie, w którym pozycję państwa wyznaczają półprzewodniki, sztuczna inteligencja, zdolność organizowania elit technicznych i przemysł obronny, Rosja nie jest współarchitektem niczego. Jest obserwatorem. Cywilizacyjnym spóźnialskim, który wciąż próbuje kompensować realną słabość metafizyczną dekoracją — szczyptą prawosławnego ornamentu, mistyką geopolityczną, wspomnieniem o imperium.
Kiedy przeciwnik cywilizacyjny, który nie ma niczego do zaoferowania oprócz resentymentu, nazywa twój projekt „techno-faszyzmem” — to nie jest zarzut. To jest komplement, wypowiedziany przez kogoś, kto właśnie zrozumiał, że już nigdy czegoś podobnego nie zbuduje. Dugin nie przeraża się technologią. Przeraża się tym, że Zachód może do niej wrócić.
I tu zaczyna się paradoks, którego zachodnia lewica liberalna nie chce zauważyć: używa o Palantirze, Andurilu i Musku dokładnie tego samego słownika, co Dugin. Faszyzm. Autorytaryzm. Niebezpieczna koncentracja władzy. Dwie strony, które w teorii nienawidzą się śmiertelnie, instynktownie wyczuwają, że projekt technologicznej rekonstrukcji Zachodu zagraża ich — różnym, ale zbieżnym — interesom. Lewica boi się, że straci kulturową kontrolę nad Zachodem. Dugin boi się, że Zachód odzyska zdolność działania. Spotykają się pośrodku, każde z własnego powodu, i razem próbują zagłuszyć ten sam głos.
Odwrócone pytanie Kubo
Michael Kubo w swojej książce o RAND zadał pytanie, które miało zabrzmieć jak elegia: czy Ameryka jeszcze potrafi myśleć w sposób, który kiedyś pozwolił jej wygrać zimną wojnę? Czy ma jeszcze tę cywilizacyjną pewność siebie, tę intelektualną dyscyplinę, tę gotowość, by potraktować siebie — aż do układu korytarzy — jako problem godny poważnego namysłu?
Odpowiedź jest nieprzyjemna dla wszystkich stron.
Nie, państwo amerykańskie tego już nie potrafi. Departament Stanu nie potrafi. Pentagon, w swojej obecnej formie, też nie — i wiedzą o tym zarówno Sankar, jak i każdy młody oficer, który próbował kiedykolwiek cokolwiek przez niego przeprowadzić. Waszyngtońskie elity polityczne, zajęte własnym PR-em i estetyką własnej cnoty, już dawno zrezygnowały z tego rodzaju myślenia.
Ale ktoś je odzyskał. I jest to, paradoksalnie, prywatny sektor technologiczny — ten sam, który jeszcze dekadę temu udawał, że nie ma z państwem nic wspólnego, że zajmuje się wyłącznie aplikacjami do dostarczania jedzenia i zmieni świat przez wybór dobrego fontu. Okazało się, że niektórzy jego przedstawiciele zrozumieli, że świata nie zmienia się fontem. Że hard power in this century will be built on software, jak pisze Karp. I że ktoś to oprogramowanie musi zacząć pisać — niekoniecznie czekając, aż Departament Obrony ogłosi kolejny przetarg z pięcioletnim okresem oceny.
Manifest Palantiru jest jednym z przejawów szerszego procesu. Zachód — a właściwie jego najbardziej przytomna część — zaczął szukać źródeł własnej doskonałości. Nie wymyślać ich od nowa. Odzyskiwać. Z ruin, które zostawiła po sobie epoka, w której uznano, że wszystko, co kiedyś pozwalało wygrywać, jest niewygodne moralnie.
Kubo pytał, czy mobilizacja takiej skali wymaga zagrożenia egzystencjalnego. Być może wymaga. Być może zawsze wymagała. Kłopot w tym, że zagrożenie już jest — tylko elity polityczne Zachodu ciągle udają, że go nie widzą.
A inżynierowie z Palo Alto zaczęli już budować bez nich.
메타데이터
- post_id
- 6899b0bf095d
- slug
- manifest-palantir-dugin-i-pytanie-które-zachód-próbuje-zagłuszyć-6899b0bf095d
- url
- https://medium.com/@LukaszTurkowski/manifest-palantir-dugin-i-pytanie-kt%C3%B3re-zach%C3%B3d-pr%C3%B3buje-zag%C5%82uszy%C4%87-6899b0bf095d
- canonical_url
- https://medium.com/@LukaszTurkowski/manifest-palantir-dugin-i-pytanie-kt%C3%B3re-zach%C3%B3d-pr%C3%B3buje-zag%C5%82uszy%C4%87-6899b0bf095d
- author_url
- https://medium.com/@LukaszTurkowski
- status
- ok
- fetched_at
- 2026-07-15 18:56:44