← Back to list

Sam nie wiem, czy jest zimno, czy ciepło.

Cisza. Stoję w zupełnej ciszy. Tylko obraz do mnie dociera, a i to nie w pełni. Jakbym pogubił kolory, jakbym niedowidział. Bolą mnie oczy…

Krzy Kan · 2026-04-04 12:33 · 0 claps · 6.8 min read
#opowiadanie #opowiadania #miasto #noc
Open on Medium ↗
Wiki topics: 📊 · Economic Policy

Sam nie wiem, czy jest zimno, czy ciepło. Wyszliśmy z tego piekiełka, wokoło tłum. Tłum pijany, roztańczony. Tłum w transie. Marek znowu zniknął mi z pola widzenia. Standard. Jeden uśmiech i ten leci. Nawija, zaczyna tańczyć, dopytywać. A one przecież potrzebują atencji. Zostawione przez ojców, przepełnione kłamstwami szukają kogoś, kto się nimi zainteresuje. A Marek jest zawsze gotowy wysłuchać. Skurwiel. Znikł. Nie mam pojęcia, co dalej. Gdzie iść, kogo zapytać. Nie mogę też tu stać zbyt długo, nie chcę się mieszać, nie chcę uczestniczyć, nie chce mi się gadać. Chuja mnie to obchodzi, że ich przełożona jest małym Hitlerem. Skup się. Nie oglądaj się za siebie, nie daj się wciągnąć w kolejny wir. Skup się. Nie udało się. Nie skupiłem się. Znalazł się Marek. Już mnie ciągnie za rękaw, już widzę te wyszczerzone i wybielone zęby wystające zza uszminkowanych ust. Ten już nakręcony, nie ma opcji, żeby odmówić, więc poddaję się. Nie mam siły i chęci się spierać z kimkolwiek. Tym bardziej dziś i tym bardziej tu, i z nim. W głowie przeklinam swój brak asertywności. Zosia, Agata, Marta i jakiś koleś. Nawet nie słyszałem jego imienia. Dla mnie nie urodził się, nie będzie miał pogrzebu, nikt go nigdy nie kochał, nikt nigdy na niego się nie złościł. Jedyne, czym był, to przeszkodą w patrzeniu, kiedy stał na wprost mnie. Zosia, Agata i Marta, i Marek.

Cisza. Stoję w zupełnej ciszy. Tylko obraz do mnie dociera, a i to nie w pełni. Jakbym pogubił kolory, jakbym niedowidział. Bolą mnie oczy, boli mnie głowa, jest cisza. Ale czuję ich pot, alkohol, perfumy, szlugi. Są wokół mnie, ruszają się, krzyczą. Rozumiem, że cisza jest tylko we mnie, że na zewnątrz jest bardzo, ale to bardzo głośno, a oni wszystko słyszą. Patrzę właściwie nawet nie swoimi oczami, widzę siebie w centrum, trochę z góry, jak w grze, jak w filmie, jak we wspomnieniu.

Powoli zaczynam rozpoznawać kształty i kolory, czuję ruch wokół siebie, czuję szturchanie. Ktoś mnie właśnie podeptał, patrzę w dół i widzę czyjąś rękę na swoim brzuchu. Podnoszę wzrok i widzę jakąś uśmiechniętą twarz. Nie znam Cię — mówię do siebie — kim jesteś?

Powoli zaczął wracać dźwięk. Bardzo głośny i rytmiczny. Dociera do mnie, że ja też się ruszam, przechylam biodra, macham rękami, przestępuję z nogi na nogę. Zupełnie bezwiednie, nawet tego nie kontroluję. Strasznie chce mi się pić. To wiem. Czuję suchość w gardle tak niemożebną, że nawet nie mogę przełknąć śliny. Próbuję, ale jedyne, co mi wychodzi, to krzywy uśmiech, na co uśmiechnięta twarz zaczyna się jeszcze bardziej uśmiechać. To nie tak! Czuję, jak łapie mnie za dłoń i pociąga w swoją stronę, a ja się jej poddaję. Lecę w delikatny świat, ciepły i bardzo miękki.

Ładnie pachnie.

Ale dalej chce mi się pić.

Ogólnie to jest bardzo dużo czarnego koloru. Stoły są czarne, kanapy są czarne, nawet fragmenty ścian są czarne. Koszule, bluzki i sukienki też są czarne. Tymczasem ładny zapach znikł. Jest chłodne powietrze przepełnione tytoniowym dymem, spalinami od Uberów i rozlanym alkoholem. Wystawiam głowę na lekki podmuch wiatru, zamykam oczy i palę. Jest głośno, niby jest noc, ale jednak jest jasno. Ktoś krzyczy, ktoś płacze, ktoś kogoś bije całkiem niedaleko. Trzymam jeszcze chwilę zamknięte oczy. Chowam się przed nimi wszystkimi. Chowam się przed Markiem, który wkurwiony stoi przede mną.

– Słyszysz, kurwa?

– Przecież słyszę. — Otwieram oczy. Widzę złość, widzę rozczarowanie. Ubrany w czarną koszulę, w jednej ręce trzyma IQOS-a, w drugiej nerwowo klika coś w telefonie. Ma lekko zaczerwienione lewe ucho i brakuje mu jednego guzika w koszuli. Mocno zaciągam się fajką i odwracam głowę w stronę ulicy. Kolejny tłum, w większości ubrany na czarno, przepływa między Boltami, Uberami i innymi złotówami. Jedni wchodzą, inni wychodzą. Jest ruch. Świat się kręci. Żyjemy.

– Słyszysz, kurwa?

Przyglądam się Markowi bardziej i dopiero teraz zauważam, że drugie ucho też w sumie ma zaczerwienione. Czyli symetrycznie.

Kiwam mu głową.

Wiatr znowu wieje mi w twarz. To delikatne podmuchy wiosny. Bardzo chcę zamknąć oczy, ale wiem, że to znowu go wkurwi. Mocno zaciągam się szlugiem. To daje czas do namysłu, to pozwala się rozejrzeć, ocenić sytuację.

Jestem ja i jest Marek. Stoimy pod małymi arkadami. Jest noc. On jest wściekły, a ja nie wiem, o co chodzi. I to w sumie tyle analizy.

– Słyszysz, kurwa?

– No słyszę przecież.

– No, to idziemy.

Odwraca się na pięcie i zaczyna iść. Lekko wystaje nad innymi głowami, więc spokojnie odprowadzam go wzrokiem dobre kilkanaście metrów jego marszu. Dopiero wtedy ja się ruszam. Gdzie i po co mamy iść — tego nie wiem. Nawet nie do końca jestem przekonany, czy chcę iść. Właściwie to jednak jestem przekonany. Nie chcę. Ale idę. Doganiam go, przeciskając się przez ludzi, równam się krokiem i już chciałem zadać jakieś pytanie, kiedy on wskazuje mi palcem i mówi:

– Są.

Zosia, Agata i uśmiechnięta twarz. Do tego oczywiście Marek i ja.

Jest ciepła wiosenna noc. Co chwila wieje delikatny i przyjemny wiatr, a my siedzimy. Zamykam oczy i czuję zapachy. Miasto ma miliony zapachów, ale jest tych kilka charakterystycznych. Nie musisz ich lubić, nie musisz ich nawet umieć opisać, ale cieszysz się, kiedy je poczujesz. Zaciągam się mocno powietrzem, ale jest w nim coś nowego. Tego chyba nie znałem albo nie czułem w takim miejscu. Jest świeże, jest owocowe, jest łagodne i zarazem angażujące. Ładnie pachnie.

Siedzimy w cieniu św. Elżbiety. Znowu w tłumie. Jeden stolik, pięć krzeseł, pięć osób. A wokół całe morze stolików, krzeseł i ludzi. Nie chcę podnosić głowy, żeby zobaczyć, czy ma to jakiś kres. Wszędzie to samo. Stolik, krzesła, ludzie i alkohol. Wszystko idealnie skopiowane. W tym samym momencie podnoszą ręce, na tę samą komendę każde z nich chwyta szkło z tanim szczynem. Raz, dwa, trzy. Całe rzędy obracają się za siebie.

– Przeszkadzam? — pytają tych za sobą. A tamci chóralnie odpowiadają: — Nie.

I na raz, dwa, trzy przechylają szklanki.

Przecieram oczy. Nasz stolik jest dokładnie pośrodku całego zamieszania. Od nas jakby promieniami rozchodzą się kolejne takie same stoliki z takimi samymi ludźmi. Widzę setki Marków. Tak samo gestykulują, tak samo żywo opowiadają. Obok Marków kolejne kopie Zosi i Agaty. Wszystkie identyczne, tak samo zapatrzone w swoich Marków. Co chwila poprawiają włos, co 10 minut sprawdzają makijaż, co 12 minut odpalają papierosa na spółkę. Chyba się kręcimy. Jedynym stałym punktem jest nasz stolik. Siedzi przy nim Marek, Zosia, Agata, ja i jedyna kolorowa osoba w zasięgu wzroku. To od niej czuję owocowy zapach, to jej ręka daje mi ciepło w moją dłoń, to ona jako jedyna się uśmiecha. To ona jest chyba środkiem. Tylko my nie jesteśmy powtórzeni. Nie wiem, czy ona to wie, bo ma zamknięte oczy. Opiera swoją głowę o moje ramię, trzyma mnie za rękę i wymrukuje jakąś piosenkę.

Wiatr znowu delikatnie zawiał. Spektakl trwa. Raz, dwa, trzy — ona złapała go za kolano. Raz, dwa, trzy — ona przybliżyła się. Raz, dwa, trzy — Marek coś jej szepce. Raz, dwa, trzy — ona w szoku się odsuwa. Raz, dwa, trzy. Czar prysł.

Świat zwalnia. Robi się troszkę chłodniej. Nagle wszystkie stoliki obok zaczynają żyć własnym życiem. Nie ma już setki Marków, jest jeden, z głową w dole, z zagryzanymi wargami, z telefonem w ręce. Nie muszę nawet słyszeć, widzę z ruchu warg, jak wypowiada magiczne słowo: żona.

Tak kończy się bajka, tak kończy się sen. One znowu rozczarowane, ale spokojnie. Jeśli zechcą, wieczór nie będzie stracony. Wokół ludzie na stolikach — nienasyceni, głodni, gotowi tylko na jedno skinienie. Tylko dobrze wybrać. Zosia patrzy na Agatę, Agata na Zosię i obie finalnie na Marka. Ja znowu zamykam oczy. Już to widziałem. Wieje delikatny wiosenny wiatr, a mi jest ciepło w dłoń.

– Marta! — pada imię z dwóch damskich gardeł. Gardeł, które są zdecydowanie nad nami. Podnoszę wzrok. Stoją, rozczarowane, złe, upokorzone, odrzucone i coraz bardziej zdesperowane. Nocy już mało. Zostały resztki. Obok Marek. Stoi, jakby nie wiedział, co zaszło. Zupełnie obojętnie sobie stoi. On kalkuluje, analizuje, myśli, czy już mu dość, czy jeszcze coś z tej nocy wyciągnąć.

Wiatr znowu delikatnie wieje, a ja tracę ciepło. Najpierw w dłoni — nagle, niespodziewanie. Po chwili chłód przechodzi na resztę mojego ciała. Zaczyna brakować mi kolorów, wszystko znowu ma odcienie czerni, szarości i mglistej bieli. Czuję, jak moja ręka traci oparcie, jak staje się pusta, nikomu zupełnie niepotrzebna. Znowu zaczyna się wszystko delikatnie kręcić, rzeczywistość rozchodzi się, zmysły mnie oszukują, gubią się. Zapach mylę ze wzrokiem, dotyk przechodzi w słuch. Raz błyska mocnym światłem, żeby za chwilę wszystko wygasło. Coś tracę. Ostatecznie. Mam napięte wszystkie mięśnie, ale nie jestem w stanie się poruszyć, znowu widzę siebie w trzeciej osobie. Brakuje tylko napisów w tym filmie.

Głośny stukot. Rytmiczny, szybki i wibrujący. Nie ma innych dźwięków, choć wokół mnie dzieje się tyle. Drugi, trzeci plan jak w obrazach Bruegla. Wszystko nieme. Bez głosu idzie mała grupa studentów, ruszają ustami, machają rękami, ale ich nie słyszę. Za nimi stoi radiowóz i trzech policjantów pochyla się nad grubą dziewczyną, a jeden trzyma niskiego i łysego gościa w zakrwawionej koszuli. Obok nich przechodzi starsza pani z wazonem kwiatów, starając się ominąć wrocławskie skrzaty, które postanowiły wyjść z kanałów. Ludzie tańczą, śmieją się, płaczą, kłócą się, a na ławce parka nastolatków całuje się, jakby świat wokół nie istniał. Ale ja tego nie słyszę. Obraz mam zamazany i czuję chłód. Nie ma też zapachu, tego ładnego. Skupiam wzrok, z trudem dostrzegam Marka, który nachyla się nade mną. Mruga oczami w takt stukotu i coś mówi. Zamykam oczy na sekundę. Wszystko się uspokaja. Nie ma nic, tylko ukojenie. Ale nie mogę za długo nie istnieć, muszę wrócić, odegrać swoją rolę, uśmiechnąć się i wrócić do domu.

Powoli otwieram oczy. Biorę głęboki wdech, skupiam się tylko na znalezieniu wkładu do papierosa. Jedna czynność na raz — tak jest prościej. Zaciągam się mocno dymem, trzymam go dłuższą chwilę w płucach i z zamkniętymi powiekami wypuszczam z ulgą. Muszę wrócić do tej chwili, do tego miejsca, ale przede wszystkim muszę wrócić do domu. „Tak, musisz wrócić do domu” — mówię do siebie.

Wstaję. Wiatr wieje trochę mocniej, ale stukot nie ustaje. Odbija się od kamienic, od św. Elżbiety i wraca do mnie wzmocniony, choć się oddala. Jeden obcas, drugi obcas i wrocławski bruk. One odchodzą, a my wracamy do punktu wyjścia.

Marek też idzie i rozmawia przez telefon, machając do mnie, żebym za nim szedł. Nie chcę, ale idę. Czuję tylko pustkę. Coś musiałem utracić — coś, czego jednak chyba nigdy nie miałem, a już na pewno czego nie powinienem mieć. Staram się przypomnieć to ciepło, ten zapach, tę mruczankę, ale nic nie wraca. Jakby to się nigdy nie wydarzyło albo było zbyt krótkie, żeby zapadło w pamięć.

Skręcamy w jakąś bramę, stoimy. Na drugim piętrze pali się światło, widzę taniec ludzkich cieni odbijający się na ścianie, ale jest cicho. Tutaj miasto śpi, przez nikogo nieniepokojone. Stoimy we dwóch skupieni: Marek z telefonem, ja z uczuciem pustki. Potrzebuję znowu zamknąć oczy, odpocząć, zniknąć. Słyszę tylko szelest.


메타데이터
post_id
7350f5fbe79c
slug
sam-nie-wiem-czy-jest-zimno-czy-ciepło-7350f5fbe79c
url
https://medium.com/@krzysztofkaniewski/sam-nie-wiem-czy-jest-zimno-czy-ciep%C5%82o-7350f5fbe79c
canonical_url
https://medium.com/@krzysztofkaniewski/sam-nie-wiem-czy-jest-zimno-czy-ciep%C5%82o-7350f5fbe79c
author_url
https://medium.com/@krzysztofkaniewski
status
ok
fetched_at
2026-06-12 18:14:10