← Back to list

DRUM BUN odcinek 15.

Wspomnienia z Siedmiogrodu, Mołdawii, Bukowiny i Maramuresz

Alek Burek · 2020-06-07 08:03 · 2 claps · 6.8 min read
#solca #bukowina #maramures #rumunia #drum-bun
Open on Medium ↗
Wiki topics: 🎵 · Music & Audio

DRUM BUN odcinek 15.

Wspomnienia z Siedmiogrodu, Mołdawii, Bukowiny i Maramuresz

15

W POSZUKIWANIU POLSKICH ŚLADÓW

Jeszcze przed naszą rumuńską przygodą, słyszeliśmy o polskich wsiach na rumuńskiej Bukowinie. Postanowiliśmy tam dotrzeć.

W okresie rozbiorowym, pomiędzy dzisiejszą Małopolską a Bukowiną nie było granic, ludzie przemieszczali się swobodnie. W habsburskim tyglu narodów zwykle dochodziło do asymilacji przybyszy. Niezależnie skąd przybyli, w zależności od tego w jaką kulturę się zanurzyli, ulegali: germanizacji, romanizacji, polonizacji, hungaryzacji, itp.. Moi krakowscy znajomi, Lembasowie, Rakoczowie czy Kowaczowie, nie mówią po rumuńsku ani węgiersku. Są świadomi swoich korzeni, lecz do głowy by im nie przyszło, że nie są Polakami.

Zdarzało mi się jednak, spotykać Polaków, którzy po dwóch latach pobytu za Wielką Wodą, gdy zjeżdżali z głównej drogi, to brali exit, a potem ustawiali samochód przy drodze na kornerze, oczywiście wtedy gdy drajfłej był już zajęty. Potem brali siałer, gdyż bardzo ich wykończył trafik.

Ostatnio szczerze rozbawiła mnie scena w supermarkecie, gdy wypindrzony, w okropnym stylu, młody babon (nie mylić z angielskim baboon, choć skojarzenie byłoby trafne), wymachując różową torebeczką robił awanturę kasjerce. Nieistotne kto miał rację, ciekawa była argumentacja młodej “damy”: - Widzisz, jaki ty dil chcesz na mnie zrobić, co ty myślisz, że ja cię nie mam w mojej głowie? U mnie w Londynie to by się nigdy nie zdarzyło!!! — Kasjerka patrzyła na to zjawisko jak zaczarowana, ja zresztą też.

Generalnie myślę, że roślinka, którą nazwać można polskość, ma raczej delikatne korzenie, mało odporne na zmianę warunków uprawy. A tutaj całe wsie, które wśród żywiołu rumuńskiego zachowują od stuleci swoją, polską odrębność. Chciałem dotknąć tego fenomenu. Wiedziałem, że pojawienie się Polaków, w tej części Rumunii, wiązało się z odkryciem złóż soli. Wybraliśmy wioskę o nazwie Nowy Soloniec.

Po drodze krajobraz się zmieniał. Płaska, ledwo co pofalowana, dolina w okolicach Prudu, zmieniła się w łagodne wzgórza, porośnięte lasem, zachodzące jedno za drugie. Na licznych pastwiskach, stada owiec pilnowane były przez duże, łaciate psy. Krajobraz podobny do naszego Beskidu Niskiego.

Dojechaliśmy. Pierwszą rzeczą, którą chcieliśmy zrobić, to zlokalizować Polaków. Pierwsze napotkane osoby nie potrzymały chęci rozmowy w zrozumiałym dla nas języku. Mężczyzna, który mówił troszkę po angielsku nie mógł zrozumieć o co nam chodzi, nie słyszał o żadnych Polakach. Wciąż pytał: - Kiedy tu przyjechali? Po co? Jak się nazywają?

Z powodu późnej pory, daliśmy za wygraną i zamiast Polaków zaczęliśmy szukać noclegu. Z tym nie mieliśmy żadnych problemów. W miejscowości znajdował się pensjonat. Po drodze do niego zobaczyliśmy katolicki kościół. Był zaniedbany, wyglądał na opuszczony. -Skoro kościół jest opuszczony, to może i Polaków już tutaj nie ma — przyszło mi do glowy.

Kościół wyglądał na opuszczony.

Kościół wyglądał na opuszczony.

Z drugiej strony ulicy, naprzeciw opuszczonego kościoła, w kilku rzędach stały czteropiętrowe bloki. Zdecydowanie nie były opuszczone. Ich brzydota aż urzekała. Odrapane, odpadające elewacje, szaro-nijakie, zabudowane czym-się-da balkony, powiększały niewielki metraż mieszkań. To nie wszystko. Ze ściany szczytowej, na różnych poziomach, w wielu miejscach, pod różnym kątem, wystawały żelazne rury, zaopatrzone w kolanko oraz nie dłuższy niż metrowy, odcinek rury z daszkiem. Z niektórych rur wydobywał się dym. Spaliny unosiły się, czerniąc elewację, w kierunku uchylonych okienek na wyższych elewacjach - masakra. Bałem się zapytać, czy tutaj przypadkiem (chociaż nie wiem dlaczego przypadkiem), mieszkają Polacy.

Na szczęście, pensjonat, zrobił na nas dobre wrażenie. Był ciągle w budowie, ale to co nam zaproponowano, zadowalało nas zupełnie. Podczas rozmowy z recepcjonistką, wyjaśniła się sprawa przedziwnego zniknięcia Polaków - ich nigdy tutaj nie było. Gdy przygotowywałem trasę pomyliłem dwie nazwy: Soloniec (Solonetu) i Solca. Obydwie brzmiały mi słono. Byliśmy nie tam, gdzie zamierzaliśmy dojechać, ale na szczęście na Bukowinie.

Gdy na stół, stojący na obszernej werandzie, wjechały talerze z jedzeniem i dzban miejscowego, białego wina, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jedzenie było wyśmienite, żadne sztuczności i przyspieszacze.

Byliśmy już troszkę znużeni tropieniem czasu i o mało co, a zapadłaby decyzja o pozostaniu tu do końca naszych wakacji. Na razie, postanowiliśmy, że jutro nie ruszamy się nigdzie. Będziemy jeść, pić, nic-nie-robić, co najwyżej spacerować po okolicy. Nie wsiadamy do samochodu. Jak się potem okazało, była to decyzja brzemienna w skutki.

Tuż obok pensjonatu w Solcy, u kresu asfaltowej drogi, znajdował się monastyr. Niestety brama prowadząca na dziedziniec była zamknięta. Podobnie jak drzwi rzymsko-katolickiego kościoła, sprawiał wrażenie opuszczonego. Przez następne kilka dni nie zauważyliśmy żadnego objawu życia klasztoru. Nic nie wskazywało, że istnieje jakieś więź łącząca dwie strony muru. Z zaciekawieniem spoglądaliśmy na szpiczaste dachy stojącej wewnątrz czworoboku zabudowań cerkwi. Dachówka karpiówka układała się na nich szkliwionymi, wielokolorowymi, geometrycznymi ornamentami. Czyżby mieszkańcy Solcy postanowili zarwać swe więzy z przeszłością i zamknąć wszystkie miejscowe świątynie, niezależnie komu służyły? Może postanowili utworzyć „spirit free zone”?

Poszyliśmy na spacer. Większość miejscowych ulic to bite drogi. Prowadziły nas, wykonane z przeróżnych materiałów, płoty, strzegące gospodarstw przed nieproszonymi gośćmi. Odprowadzał nas wzrok starych kobiet, siedzących na ławeczkach w neutralnej strefie, między drogą a płotem. Ubrane, mimo wysokiej temperatury, w ciepłe ubrania, z chustkami na głowach, patrzyły na nas uważnie. Gdy przeszliśmy znów zaczynały rozmawiać, bądź milczeć o tym wszystkim co zdarzyło się wczoraj lub za czasów ich młodości i tak aż do momentu gdy znów przejdzie ulicą jakiś nieznajomy, co zdarza się niezwykle rzadko.

Grupa małych Cyganów, zbierała trawę i kwiaty skoszone na przydrożnym cmentarzu. Ładowała je na konny wóz bez konia, a potem ciągnęła go gdzieś w sobie znane miejsce, przez bród na kamienistej rzece. Brak konia nie był dla nich żadną przeszkodą.

Droga z bitej, zmieniła się w ziemną, błotnistą. Wchodziła w ciemny las, w którym szumiały potężne, stare świerki. W naszym pensjonacie jeden ze stołów zrobiony był z połówki świerka. Miał prawie metr szerokości, a sądząc po słojach, przeżył w tutejszych lasach prawie 200 lat.

Zbliżała się burza. Słychać było groźne pomruki, a niebo zasłaniała szaro-grafitowa kotara. Przy drodze stała tablica z napisem PASUNATUL INTERZIS. Ponieważ nie zamierzaliśmy się wypasać, a odczuwaliśmy potrzebę schronienia się przed burzą, szybkim krokiem wracaliśmy w kierunku pensjonatu. Nie zdążyliśmy. Burza przyszła błyskawicznie i równie szybko minęła zostawiając na niebie przepiękną, niezwykle wyraźną, podwójną tęczę. Objęła w swe posiadanie pół nieba i monastyr. Tęczy przypisywane są różne znaczenia.

i uczynił na niebie tęczę na znak przymierza….

i uczynił na niebie tęczę na znak przymierza….

Nie musieliśmy się już chronić przed deszczem. Poszliśmy bocznymi uliczkami, zataczając w drodze do pensjonatu duże koło. Myślę, że takie było nasze przeznaczenie.

W historii alternatywnej, burza mogła by trwać godzinę, a my przemoczeni do suchej nitki, suszylibyśmy się teraz na werandzie pensjonatu. Tak się jednak nie stało i teraz staliśmy przy jednym z gospodarstw gdzie za ażurowym ogrodzeniem z siatki, a nie za płotem z desek, a takich tutaj jest większość, duża, biała, w ciemne łaty suka, molestowana była przez małą futrzaną kulkę. Zaszczekała, na ten głos z różnych zakamarków, niezbyt schludnego obejścia, wytoczyło się mnóstwo futrzanych kulek i gospodarz. Czy można było się oprzeć się pokusie i nie wziąć na ręce jednego z małych potworów, rozczochrać jego futro. Nie jestem zwolennikiem ascezy i tłumienia pokus, oczywiście - nie było można.

- Nawet o tym nie myśl — głos Teresy brzmiał ostrzegawczo — to całkowicie wykluczone!

Nie rozmawialiśmy już na ten temat. Dalszy spacer nie był już tak radosny. Wróciliśmy do pensjonatu, by lepiej przygotować się do szukania polskich śladów na Bucovinie oraz by dokonać degustacji produktów z miejscowych szczepów winorośli.

Rozmowa o psach nie miała sensu. Tuż przed naszym wyjazdem na urlop rozstaliśmy się z naszą sunią - Belą. Była mixem, w typie najbardziej zbliżonym do czechosłowackiego Wilczaka, mieszańca owczarka niemieckiego i wilka karpackiego. Sama nas wybrała. Wracaliśmy właśnie z wypadu do Toskanii (stąd imię suni) a ona już zadomowiła się w naszym ogrodzie i nie zamierzała nas wpuścić. Gdy odeszła, my cierpieliśmy, całe otoczenie odetchnęło z ulgą. Nie cieszyła się w okolicy dobrą opinią. Teresa i ja, mieliśmy do niej całkowite zaufanie. W stosunku do obcych była jednak nieobliczalna. O jej przygodach można by napisać osobną książkę.

Na przykład, kiedyś wynająłem pracowników do prac w ogrodzie, powiedziałem co mają zrobić. Musiałem wyjechać. Po powrocie zastałem ogród w takim stanie jak na początku. Mężczyźni stali na baczność, Bela warowała. -Spróbuj Pan podnieść łopatę- tłumaczył się jeden. Ja mogłem, oni już też. Wcześniej Bela dokonała demonstracji tego, co mogło by się stać, gdyby przestali być grzeczni. Rozszarpała na strzępy oponę od taczek. Podsumowując, musiałem zapłacić za pięć godzin stania na baczność w moim ogrodzie i za nową oponę. Taka była.

A co do psiaków, już raz, podczas tej podróży, mieliśmy chwile zawahania. Przy drodze do nieczynnego ośrodka nad zalewem Bistritzy stała mała, wybiedzona, z obwisłymi sutkami suka. Obok w trawie, tuż przy jezdni leżało kilka futrzanych kuleczek. Ich futra, aż ruszały się od pcheł. Wtedy decyzję podjęły same psy. Błyskawicznie zniknęły w przydrożnych łopianach, a suka, pokazała białe, ostre kły. Nie było szans porozumienia. Zostawiliśmy trochę jedzenia i nie rozmawialiśmy dłużej na ten temat. Nie czuliśmy się z tym dobrze.

CDN


메타데이터
post_id
c396e5aefe97
slug
drum-bun-odcinek-15-c396e5aefe97
url
https://medium.com/@alekburek/drum-bun-odcinek-15-c396e5aefe97
canonical_url
https://medium.com/@alekburek/drum-bun-odcinek-15-c396e5aefe97
author_url
https://medium.com/@alekburek
status
ok
fetched_at
2026-08-02 15:17:58