Był jej czarną panterą…
Spotkajmy się w połowie drogi — zaproponował po trzech tygodniach. Następnego ranka wsiadła do pociągu. Dwie godziny później zaszyła się z…
Był jej czarną panterą…

Spotkajmy się w połowie drogi — zaproponował po trzech tygodniach. Następnego ranka wsiadła do pociągu. Dwie godziny później zaszyła się z nim w kawiarni, scałowując z jego ust wszystkie dni, kiedy się nie widzieli.
Miała wrócić do siebie wieczorem. Dość późno ruszyli na dworzec. Po drodze utknęli w korku. Nie zdążyli. Ostatni pociąg o 21:21 odjechał. Kiedyś bardzo by się zmartwiła, możliwe, że nawet zdenerwowała. No bo jakże to tak! Przecież miała wrócić, bilet kupiony, inna opcja, niż odjazd o zaplanowanej godzinie nie wchodziła w grę. I co teraz? Gdzie będzie spała? Gdzie się umyje? Mogła wcale nie jechać! O rety no…
Ale tak by zareagowała zanim pomachała na pożegnanie potrzebie kontroli wszystkiego. Pewnego dnia cmoknęła ją w czoło, poklepała po plecach i życzyła wszystkiego dobrego. Już jej nie potrzebowała. Przez nią przegapiała. Zdecydowanie za dużo. Głupio by było, gdyby ominęła ją ta jedna noc na plaży, na piasku oświetlonym wpraszającym się na ich randkę księżycem. Głupio by było, gdyby wraz ze wschodzącym słońcem przegapiła jeden z lepszych orgazmów w jej życiu. Głupio by było. Na szczęście zdarzyło się, co się zdarzyć miało. I nie było w tym żadnego planu.
Ani przed nim, ani po nim, nie spotkała nikogo równie spontanicznego i dzikiego. Dotykiem dłoni precyzyjnie wędrującej po ciele, rzeźbił jej kobiece kształty. Czuła jego podziw. Kochał ją dokładnymi pocałunkami. I pomyśleć, że przez tyle lat usztywniała ją misternie wzniesiona konstrukcja wewnętrznych ograniczeń. Kilka lat temu nie poczułaby ani jego dłoni, ani pocałunków. Kilka lat temu nigdy nie wpuściłaby go do swojego życia.
To już prawie cztery lata, kiedy z otchłani bezkresnej pustki wyłoniła się masa przypominająca wielkiego owada odzianego w pancerz starych schematów. Co jakiś czas odpadały z niego kolejne kawałki. W bólu. Fragment po fragmencie.
Powróciła myślami do starego mieszkania, przed tamto lustro, które było świadkiem jej codziennej walki. Lustereczko pokaż… Pokaż tamtą mnie… I zobaczyła… Wszystko pulsowało, tętniło, dudniło, szumiało. Kakofonia dźwięków w jej ciele. Dum, dum, dum — odezwało się serce. Puk, puk, puk — skronie stanowczo zasygnalizowały swoją obecność. Szszszszsz, szszszszsz, szszszzzz — wzburzyła się krew w tętnicy szyjnej. Bulgul, bulgul, bulgul — zafalował brzuch. Buch, buch, buch, tadum, tadum, tadum — zapulsowało czoło. Puch, puch, puch, cyk, cyk, cyk, puch, puch, puch — zatrzeszczały nogi. Każdy kawałek jej ciała tworzył własną muzykę. Głównym dyrygentem tej orkiestry był zardzewiały, tempo zakończony i bardzo stary gwóźdź. Tkwił niezmiennie od lat w tym samym miejscu. Prężył się dumnie ze swojego centrum dowodzenia w lędźwiach…
Opuchnięte ciało nabrzmiało brudną wodą. Miało dość. Dudniło cierpieniem. Żyły powoli zaczęło rozsadzać zmęczenie, tak jakby nie chciały już transportować chorej krwi. Czasami zerkała ukradkiem na swoje zgrubiałe nogi, nabrzmiały brzuch, opuchnięte ramiona. W chwilach czułości gładziła naciągniętą skórę z nadzieją, że będzie lepiej, że w końcu pancerz całkiem opadnie i przybierze postać kolorowego motyla. Wolnego. Gotowego polecieć na najpiękniejszą łąkę, choćby była na drugim końcu świata, a podróż wymagała niezliczonych dni i nocy…
Kolejny przeszywający plecy ból pozbawiał złudzeń. Niepogodzona ze swoim stanem płakała. W takich chwilach wyglądała jak posąg. Jedynie łzy równo spływające po policzkach świadczyły o tym, że żyła. Ramiona bezwolnie opadały wzdłuż tułowia, mięśnie twarzy obumierały, płytki oddech ledwo unosił piersi. I ten nieobecny wzrok utkwiony w przestrzeń, wypatrujący ratunku, który nie nadchodził.
Była niczym płaczący kamienny, zimny posąg.
Przypomniała sobie, ile wysiłku wymagała codzienna podróż do pracy. Najgorsze były okna… Obnażały każdy obolały mięsień. Podmiejski pociąg, jak co rano przyjeżdżał wypełniony po brzegi. Bezwolna masa wylewała się i wlewała do niego na każdej kolejnej stacji. Napierająca fala niosła ją z sobą, boleśnie wciskając w imadło przedziału. Robiło się obrzydliwie ciasno, duszno i gorąco, śmierdziało potem i zdenerwowaniem. Nie było czym oddychać. Wszystkie okna pozamykane. Ciało opierało się o ciało wchodząc brutalnie w jej prywatną, skażoną bólem przestrzeń. Czuła narastającą agresję. Tłumiona złość przechodziła przez poszczególne warstwy ciała. Docierając do krtani, układała usta do krzyku. Jeszcze chwila i poczułaby ulgę, jeszcze chwila i…
- Hej, ja cię znam — usłyszała głos w swojej głowie. — Tak, właśnie ciebie. — Wpatruje się w duże okno przed sobą. — Naprawdę tak wyglądam? Tak upiornie? Tak wstrętnie? Dziwne uczucie, niby ona, ale obca, odległa. Miała wrażenie, że ktoś jakąś cząstkę niej zabrał i uwięził w kawałku brudnego, oklejonego ludzkimi dłońmi, chłodnego szkła. Przepływał przez nią cały świat za oknem. Domy, trawa, sąsiednie tory, wielkie dźwigi, wieżowce, latarnie, słupy, sygnalizacje świetlne, ludzie, autobusy. Spoglądały na nią martwe, wrogie oczy. Poczuła się jak duch, upiór zamieszkujący okna w pociągach. Twarz falowała, zmieniała się, deformowała, aż w końcu znikła całkowicie. I już nie było odbicia. Był tylko świat za oknem.
Kiedy pojawił się w jej życiu, była gotowa. Zapach kobiety stopniowo rozpalał jego zmysły. Najpierw subtelnie ocierał się o skórę, drażniąc zakończenia nerwowe w całym ciele. Był jak usta. Wnikał w każdą szczelinę, krągłość, zagłębienie. Przyjmował ją zachłannie, dziko. A ona otulała go ponętną falą.
Często kochali się jedynie oddechami. Dochodziło do rozładowań, błysków i iskrzeń jakich dotychczas nie doświadczyli. Ich usta ledwo się muskały. Robiąc wdech przyjmowała jego wydech, robiąc wydech dawała mu wdech. Dłoń przyłożona do dłoni. Czuli pulsującą energię pomiędzy. Oddychali patrząc sobie w oczy. Spełnienie przychodziło potężną falą, na której surfowali wielokrotnie.
Mogła iść z nim wszędzie. Bez planu. Rozkoszując się samym marszem. Pamiętała ten spacer przez ciemny las, na plażę. Zawahała się wtedy. Ciemność sprawiła, że nie była pewna kolejnego kroku.
- Chodź. Będę twoją czarną panterą, obronię cię — rzucił spokojnie. — Zaufaj mi. — Chwycił ją za dłoń i poprowadził przez mrok.
Nie miała nic przeciwko, kiedy kilka miesięcy później gubili się i odnajdywali w Barcelonie, a potem, na jednej z plaż dawali wytchnienie zmęczonym wędrówką ciałom. Pamięta, że jej skóra mieniła się w blasku pełnego słońca, kiedy nadzy odpoczywali na złocistym piasku. Pamiętała też, że kiedy dzień chylił się ku zachodowi poprowadził ją jedną z wąskich uliczek. Przyparł do muru. Poczuła jego gorące ciało i zapach pożądania na jego palcach tuż po tym, gdy doprowadził ją do orgazmu.
Uwielbiała ich razem. Uwielbiała ich osobno. Nigdy na sobie niczego nie wymuszali. Ona nie tęskniła, on nie narzucał. Kochali się, ale nade wszystko kochali swoją wewnętrzną wolność. I tak jak potrafili godzinami leżeć na słońcu, czy wędrować przed siebie, czasem potrzebowali samotności. Jedno rozumiało potrzeby drugiego. Jedno nie było w stanie odebrać oddechu drugiemu. Często w obcych miastach rozchodzili się w różnych kierunkach, spragnieni zagubienia w nieznanym, każde we własnej samotności i ciekawości tego co w ciasnej uliczce. Wolność. Odchodzenie i zbliżanie. Wyznaczali sobie tylko punkt spotkania. Godzina nie miała znaczenia. Nie mieli zegarków. Zawsze znajdywali się w idealnym momencie. Nigdy nie musieli na siebie długo czekać.
Kochali się. Bez dwóch zdań. I chyba właśnie dlatego po 9 miesiącach zdecydowali, że się rozstaną. On dostał propozycję pracy w Kolonii, ona pisała drugą powieść, która całkowicie ją pochłaniała. Od czasu do czasu pisali do siebie listy. Długie. Na kilkanaście stron. On czytał je w lesie. Siadał na ławce. Zwykłej. Drewnianej. Z brakującym jednym szczebelkiem oparcia. Absorbował wzrokiem litery i to, co wplatała pomiędzy. I znowu czuł jej oddech. To wystarczało…
메타데이터
- post_id
- eb9f7c781fe7
- slug
- był-jej-czarną-panterą-eb9f7c781fe7
- url
- https://medium.com/@Kawula/by%C5%82-jej-czarn%C4%85-panter%C4%85-eb9f7c781fe7
- canonical_url
- https://medium.com/@Kawula/by%C5%82-jej-czarn%C4%85-panter%C4%85-eb9f7c781fe7
- author_url
- https://medium.com/@Kawula
- status
- ok
- fetched_at
- 2026-07-30 10:53:43