DRUM BUN odcinek 10.
Wspomnienia z Siedmiogrodu, Mołdawii, Bukowiny i Maramuresz
DRUM BUN odcinek 10.
Wspomnienia z Siedmiogrodu, Mołdawii, Bukowiny i Maramuresz
11
SIGHIŞOARA
Gdy już się jest w Transylwanii, nie sposób uciec od Draculi - dobrze, że to tylko przenośnia. Codziennie przy kolacji Sorin pytał: -Byliście w zamku Drakuli , widzieliście Sighișoarę?

nad Starym Miastem dominuje wieża zegarowa

urokliwe uliczki pnące się pod górę
Wiedzieliśmy, że chodzi o miejsce, gdzie urodził się syn Wlada Diabła, również Wlad noszący przydomek Palownik. Określenie to zawdzięcza specyficznemu upodobaniu do nadziewania swoich wrogów oraz generalnie wszystkich, którzy czymkolwiek wobec niego zawinili, na zaokrąglony, dobrze natłuszczony pal. Taka forma i smarowanie pala nie tylko ułatwiało proceder, miało również przedłużać męczarnie wybrańców Wlada. Lista zberezeństw, w których Wlad gustował, jest długa i nie ma sensu jej przytaczać. Zainteresowani z łatwością dotrą do bogatych w szczegóły opisów wymyślnych tortur, przez niego stosowanych.

widok przy głównej bramie
My mamy swoje zdanie, lecz jak to się zwykle zdarza, oceny postępowania Wlada przez jemu współczesnych, były niejednoznaczne. Budził strach i nienawiść ale również podziw i uwielbienie. Podkreślane były takie przymioty władcy jak zdecydowanie, surowość, ale również sprawiedliwość. Być może polegała ona na tym, że inaczej traktował pospolitego przestępcę, a inaczej pojmanego dostojnika tureckiego. Pierwszemu ofiarowano zwykły, drugiemu pozłacany pal. Ponadto, ponieważ łaska Pańska na pstrym koniu jeździ, wszyscy musieli bardzo uważać - siedzenie na palu szczególnie skutecznie zmienia punkt widzenia.

jedno z przejść w obronnych murach miasta
W zalety Wlada nie wierzył Maciej Korwin, jego bezpośredni pryncypał i koniec końców ukrócił złe praktyki wtrącając Palownika do lochu. Zła sława okrutnika Wlada Palownika trwała i w końcu jego postać stała się pierwowzorem dla najbardziej rozpoznawanego, najsłynniejszego wampira -hrabiego Draculi z Transylwanii, o którym jestem o tym przekonany, słyszał prawie każdy. Jedno jest pewne, zarówno rzeczywisty, jak i mityczny Dracula, mieli specyficzny stosunek do ludzkiej krwi.
Nie dziwię się Sorinowi, że ciągle wracał do Drakuli. Na jego micie zbudowano cały przemysł. Zwłaszcza za oceanem. Moja koleżanka nieopatrznie nabyła mieszkanie w Nowej Anglii, przy małej uliczce w miejscowości Salem - New Hampshire. Nie zwróciła uwagi na to, że tuż obok stracone były trzy słynne Czarownice z Salem i w Halloween jest to miejsce koczowania wszelkiego rodzaju straszydeł i odmian hrabiego Drakuli. Do sławy hrabiego niewątpliwie przyczyniła się produkcja rodem z filmowego piekła - Hollywood. Być w Transylwanii i nie odwiedzić miejsc związanych z Drakulą, to tak jak być w Nowym Yorku i nie widzieć Statuy Wolności. Mnie udało się być w Nowym Yorku dwukrotnie i Statui nie widziałem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że cierpię z tego powodu. Najważniejsi dla mnie są ludzie i bezpośredni z nimi kontakt. Tego głównie szukam w podróżach. Nie zapewnią mi tego albumy, książki, opracowania na temat i internet, dzięki którym można zwiedzić świat z wygodnego fotela.

cokolwiek by to znaczyło, było na pewno związane z Vladem
W tym co mówił Sorin, zainteresowało mnie jedno, przedstawił Sighișoarę jako jedno z historycznie najważniejszych miejsc Siedmiogrodu, a obecnie jedno z najlepiej zachowanych w średniowiecznej formie miast. Do tej pory oglądaliśmy Saskie wioski. Dłużej zatrzymaliśmy się tylko w Klużu. Bez zbędnego oporu obraliśmy kierunek na Sighișoarę. Oczywiście, są w Transylwani inne miasta godne odwiedzenia. Osobiście, serdecznie polecam Sybin czyli Hermannstadt, obecne Sibiu. W trakcie tej podróży, zostawimy Sybin z boku.

średniowieczne założenia Sybina
Zaparkowaliśmy samochód w okolicy obwarowań Górnego Miasta. Już od początku widzieliśmy, że będzie zupełnie inaczej niż w Klużu. Przy wchodzeniu do Górnego Miasta musieliśmy przejść przez jeden z dwu łuków budynku stanowiącego główną bramę. Właśnie jeden z otworów wypluł autobus, który pędził w dół po brukowanej ulicy, wydając odgłosy podobne do odgłosów wydawanych przez samochód nowożeńców, ciągnący za sobą metalowe puszki. Jak stwierdziliśmy przechodząc prze tę samą bramę, nie wszystkie pojazdy mają szczęście przejechać tędy bezkolizyjnie. Brama stanowi jeden z elementów fortyfikacji całego miasta, które w całości było fundowane przez jego mieszkańców. Byli na tyle zamożni, że sami otoczyli murami miasto a baszty i wieże fundowane i utrzymywane były przez cechy rzemieślnicze. Do dzisiaj istnieją tutaj baszty Krawców, Szewców i Kożuszników. Zasada ta znana jest z innych średniowiecznych miast. Również w Krakowie baszty obronne, związane były z cechami rzemieślników. Niestety zostały zburzone w XIX wieku.

główna brama wejściowo - wjazdowa


Czas się tutaj zatrzymał. Z pewną obawą spoglądałem za mury, czy do głównej bramy nie prowadzi aleja nieszczęśników nabitych na pale.



cmentarz prawdę ci powie….
Trzy rzeczy wyprowadzają nas skutecznie z tego klimatu. Pierwszą z tych rzeczy to samochody. Zarówno przed bramą Górnego Miasta, jak i wewnątrz murów parkują gdzie się da i jak się da. Przy wąskich uliczkach, placach, skrawkach zieleni, których niewiele jest w średniowiecznych założeniach miejskich. Zielono jest dopiero za murami.
Drugą stanowią różnokolorowe parasole z napisami PepsiCola czy Heineken. Zaśmiecają place i zasłaniają urocze zakątki miejskie. Odnoszę wrażenie, że na samym krakowskim Rynku Głównym jest ich znacznie więcej niż w całej Sighișoarze, lecz tam mniej przeszkadzają. Może to sprawa skali?

samochody parkują wszędzie
Po trzecie dość odpustowe stragany z suwenirami. Miejsca, gdzie można kupić akwarelo-podobną miniaturkę zabytków, zna każde miasto. Warszawska Starówka z miejscem przy Barbakanie, czy mury obok Bramy Floriańskiej w Krakowie przyciągają turystów chcących podtrzymać wspomnienia i nie wydać zbyt dużo. W Sigishoarze przeważają innego rodzaju pamiątki, kto zgadnie jakie? Oczywiście, wszystko co kojarzy się z Drakulą i wampiryzmem. Podobizny Drakuli, maski z przydługimi zębami i długimi czarnymi włosami, czarno-purpurowe peleryny, skrzydła nietoperzy, kostiumy a la kościotrup i wiele innych. Nie widziałem tylko pali w skali 1:1, dlaczego?


puste uliczki zupełnie z innej epoki….gdyby nie samochody
Na szczęście można było uciec nieco w bok i spacerować po prawie pustych, wąskich uliczkach starego miasta. Urokliwe kamieniczki nie zawsze wytyczały prostą perspektywę. Zaczepiały nas swoimi detalami, wymagały przystawania i podziwiania. Uliczki były brukowane i wtedy wyraźnie zaznaczał się środkowy pas stanowiący rynsztok, kiedyś odprowadzający wodę deszczową i wszystko czego w domach było w nadmiarze. Musiało nieźle pachnieć. W dużej części miasta bruk ustępował nawierzchni bruko-podobnej z przewagą drobnych kamieni. To się chyba nie zmieniło od kilku stuleci.
Po raz pierwszy poczuliśmy potrzebę zasięgnięcia dodatkowych informacji z przewodnika. Miejsce pod parasolami nas nie przekonały i po chwili poszukiwań znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Na podwórku kamienicy ustawiono ciężkie drewniane stoły i wygodne ławy z oparciami. Nie była to Restauracja Drei Huzaren w Wiedniu, a ja nie jestem Makłowiczem, więc nie mam wiadomości umożliwiających na trafny wybór potraw oferowanych w karcie i nie staram się wywrzeć wrażenie konesera.
- Jesteśmy głodni i chcieliśmy spróbować czegoś charakterystycznego dla tego regionu - powiedziałem do kelnera i całkowicie poddałem się jego sugestiom.

pyszne
Na moim talerzu znalazły się dwie żółte kule mamałygi i trzy faszerowane mięsem gołąbki. Liście kapusty zostały w nich zastąpione przez liście winogron. Całość polana była gęstą, kwaśną śmietaną (tutaj — smentana) i posypana pietruszką. Teresa dostała wieprzowinę pociętą w plastry i przyrządzoną z zielonym szczypiorem cebuli, czerwoną, słodką papryką, zalaną niezabielanym sosem powstałym w procesie przyrządzania. Całość dopełniały ziemniaki z wody posypane zieloną pietruszką. Jak nas zapewniano, to potrawy najczęściej zamawiane przez miejscowych. Co do nazw, to nie starałem się ich zapamiętać. W każdym razie smakowały wybornie, a po ich zjedzeniu mój żołądek nie sugerował nadmiernej zawartości przyspieszaczy, poprawiaczy, ulepszaczy, spulchniaczy i całej chemii, po której zwykle podejmuje działania protestacyjne. Być może trawieniu pomógł kufelek miejscowego piwa Ciuc.
Wyszliśmy z restauracji najedzeni, z przekonaniem, że to co trafiło do naszych żołądków i w jaki sposób było przyrządzone określa to miejsce równie dobrze jak kamienny bruk uliczek, czy dominująca w pejzażu starego miasta, wieża zegarowa.


widok na wieżę zegarową
My wzbogaceni o dodatkowe informacje z przewodnika zobaczyliśmy to samo urokliwe miasteczko.
W Klużu czuć było przewagę madziarskości, Sigishoara, w sensie głównego żywiołu decydującego o charakterze miasta, była saska. U szczytu rozkwitu w wiekach XVI i XVII istniało tutaj aż 15 gildii i 20 cechów rzemieślniczych. Niemcy pojawili się tutaj pod koniec XII wieku, gdy istniejące tutaj miasteczko ciągle nosiło rzymską nazwę Castrum Sex. Zmieniło nazwę na Schespurch — później Schaessburg, a jak na przyzwoite miasto wielonarodowe przystało, nazywało się również Segesvar. Od XVI wieku na starówkę z wysokości niemal sześćdziesięciu metrów spogląda zegar, odmierzając nieprzerwanie mijające minuty, godziny, dni i wyznaczając epoki. Szkoda, że nie możemy z nim pogadać, a on na każde pytanie odpowiada kłamliwie: Tak…Tak…Tak…Tak

coś dla Teresy
Teresa znalazła coś dla siebie — sklep ze skorupami. Dominowały w nim naczynia fajansowe z ręcznie malowanymi wzorami, monochromatyczne w kolorze granatowym lub dwukolorowe, granat i brąz. Mnie zainteresowało inne miejsce, w którym w zacnej wielkości dębowych beczułkach leżakowała palinka destylowana z różnych owoców. Można było wybierać według owoców, mocy, długości leżakowania i zawartości kieszeni. Mam jednak wątpliwość, co do jednego, czy to możliwe by ktoś, coś tak dobrego, trzymał w baryłce przez 20 lat?

i coś dla mnie…


ciekawe czy podstawą menu tej restauracji jest czernina?
Widać postępujące zmiany. Miasto zaczyna stawiać na turystykę. Wyjałowione etnicznie w czasach Ceaușescu posiada atuty by stać się perełką Siedmiogrodu. Nie jestem przekonany czy najwłaściwsza jest jednowymiarowa promocja przeprowadzana pod znakiem Draculi. Miasto ma inne zalety, które umożliwiłyby wprowadzenie w naturalnie wielonarodowy pejzaż, wielojęzykowy gwar znany z Pragi, Wiednia czy Krakowa. Co prawda w Krakowie coraz chętniej uciekam przed turystami ze Starego Krakowa i Kazimierza na prawy brzeg Wisły, do jednej z knajpek na Starym Podgórzu.
메타데이터
- post_id
- fd336bbc3a45
- slug
- drum-bun-odcinek-10-fd336bbc3a45
- url
- https://medium.com/@alekburek/drum-bun-odcinek-10-fd336bbc3a45
- canonical_url
- https://medium.com/@alekburek/drum-bun-odcinek-10-fd336bbc3a45
- author_url
- https://medium.com/@alekburek
- status
- ok
- fetched_at
- 2026-08-02 15:26:51